Daleki jestem od podważania roli i znaczenia aksjologii, wartości także w życiu gospodarczym. Jestem świadom rangi i znaczenia korporacji, traktowanych jako benchmark, punkt odniesienia i standard w działalności gospodarczej, w aspekcie organizacji procesu zarządzania i ładu korporacyjnego. Doceniam rolę korporacji w budowaniu relacji biznesowych, w kreowaniu oraz upowszechnianiu warsztatu zarządczego decydentów firm kooperujących.
To prawda, tyle że to tylko część prawdy.
Wielu liderów rynkowych deklaruje w swoich misjach wartości uniwersalne, bliskie każdemu z nas. Równie wielu, by nie powiedzieć wszyscy, posiadają mniej lub bardziej sformalizowane kodeksy etyczne, będące w istocie enumeratywnym spisem preferowanych wartości, a zwłaszcza zachowań, którymi epatują szeroki rynek. Nie oznacza to jednak, że w omawianym obszarze nie zdarzają się patologie.
Swego czasu, pracując w średniej wielkości spółce, posiadającej zagraniczne spółki - córki, spotkałem się z sytuacją, która jest klinicznym potwierdzeniem powyższej tezy.
Wkrótce po przyjęciu firmy przez fundusz inwestycyjny V.C. okazało się, że dotychczasowy zarządzający, wielce prawdopodobne za wiedzą poprzedniego właściciela, podjął działania określane zbiorczym mianem firmanctwa. Pikanterii sprawie dodał fakt, że w działania te byli zaangażowani przedstawiciele kluczowych dostawców firmy - matki, naciskający jednocześnie na realizację przez nią planów zakupowych, zarazem ze świadomością, że znaczna część zamówień na produkt finalny wyprowadzana jest z firmy, a w konsekwencji plany zakupowe nie mają szans na realizację.
Mieliśmy poszlaki o takiej aktywności, informowaliśmy o tym otwarcie wymienionych dostawców, spotykając się z pryncypialną odpowiedzią, że takie zachowania są niemożliwe, ponieważ nie mieszczą się w ich kodeksie etycznym. Niestety, rzeczywistość brutalnie zrewidowała wagę i wartość oświadczeń oraz zapewnień reprezentantów dostawców, w czym pomógł przypadek.
Były zarządzający, świadom zagęszczającej się atmosfery, zdecydował się na rezygnację ze świadczenia usługi zarządczej, oddając powierzone narzędzia pracy, w tym laptop wielokrotnie formatowany, co miało być w jego odczuciu gwarancją bezkarności. Niestety, popełnił strategiczny z jego punktu widzenia błąd: spółka oddała komputer do wyspecjalizowanej firmy, zajmującej się odtworzeniem danych, dla potrzeb postępowań sądowych i wyjaśniających, w rezultacie czego otrzymaliśmy setki stron korespondencji i dokumentów, poświadczających w sposób nie pozostawiający wątpliwości, zasadność naszych podejrzeń, w tym.... kopie faktur naszych dostawców do nowego podmiotu.
Ustalenia te pozwoliły na zmianę trybu rozstania z zarządzającym na dyscyplinarny i korzystne dla spółki rozstrzygnięcia sądowe z powodu naruszenia zapisów umownych, zwłaszcza w odniesieniu do zakazu konkurencji.
O wiele bardziej krytyczne i w istocie kompromitujące znaczenie miała pozyskana faktografia dla firm - dostawców, uczestniczących w omawianym procederze. Oczywiście poproszeni o spotkanie dalej potwierdzali swoje niezaangażowanie i oburzenie podejrzeniami, do czasu....przedstawienia im materiału dowodowego, wspomnianych faktur zakupowych oraz korespondencji. Miny decydentów w tej sytuacji były bezcenne i godne uwiecznienia. Po prostu runął ich autorytet formalny, a wielokrotne odwołania do systemu wartości, okazały się zwykłym, ordynarnym pustosłowiem.
Dlaczego o tym mówię? Nie chcę bynajmniej generalizować, a tym bardziej podważać zaufania między partnerami biznesowymi. Nawet jednak jeżeli opisany case ma charakter incydentalny, warto mieć na uwadze, że aksjologia, aksjologią, ale wszędzie pracują tylko ludzie, których preferencje i decyzje nie zawsze korespondują z hierarchią wartości firmy, a mogą mieć fundamentalne znaczenie, nie tylko dla relacji biznesowych, ale i egzystencji firm ich zatrudniających oraz szeroko pojętych kooperantów.
Jest jeszcze jeden aspekt sprawy: reputacja firm i reputacja decydentów, angażujących się w tak patologiczne procedery. Osobiście cenię sobie relacje personalne, oparte na zaufaniu, także w biznesie. W efekcie, z przywołanymi decydentami nigdy już nie miałem okazji się spotkać i nie dopuszczam myśli o jakichkolwiek formule współpracy w przyszłości.
"Oni" wiedzą, że ja wiem i pamiętam, mają świadomość długoterminowych konsekwencji patologicznego procesu w którym uczestniczyli. A firmy, które reprezentowali? Mają się dobrze, pozostają liderami. Mam też nadzieję, że nasze doświadczenia skłoniły je do wdrożenia działań korygujących, do usprawnienia mechanizmów kontroli i monitoringu zachowań zatrudnionych. Z czasem zmienili się zarządzający tych firm, którzy w dobrze pojętym własnym interesie, potrafili przywrócić normalne relacje, choć przyznać trzeba, że opisane działania korygujące nie dotyczyły wszystkich personalnych bohaterów i reprezentowanych przez nich firm, co stwierdzam z ubolewaniem.